Co podoba mi się w gminie Zaręby Kościelne

 

W moich wpisach wspominałam o miejscowości, w której się wychowywałam. Chwaliłam się jaka to ze mnie „bućkowianka”. Padła nawet nazwa mojej małej ojczyzny. Z łezkami w oczach dzieliłam się swoimi wiejskimi ochami i achami i rzecz jasna nadal tak zostanie. Można jednak w łatwy sposób zgasić mój zapał do wywodów na temat wsi – tej z lat mojego dzieciństwa. „Wszystko pięknie ładnie Karolinko, ale na terenie jakiej gminy Ty teraz mieszkasz?” – yyy, heh… na terenie innej gminy, innego województwa. Inny świat po prostu.

Więc stawiam siebie do pionu na chwil kilka i pokaże Wam co mnie ujęło w gminie, która jest teraz moim domem. A mój dom jest rzecz jasna tam, gdzie mój rolnik.

Przeprowadziłam się raptem 20km dalej. Niby nic, a jednak wiele. Podejście do pewnych spraw inne, mentalność ludzi także. Jest jednak coś co zwróciło moją uwagę na krótko po mojej przeprowadzce tutaj. Jest coś, czego w moich stronach nie tyle zabrakło, co po prostu nie było stawiane na tak ważnym miejscu.

Pamiętacie dom, na temat którego przeprowadzałam wywiady i szykowałam album? Od niego się zaczęło, a właściwie od rozmów na jego temat i historii z nim związanych. Mój mąż, jego rodzeństwo, rodzina i znajomi zaczynając wywód w związku z „domem za wodą” (link na jego temat TUTAJ) często opowiadali sobie historię tych terenów. Ci ludzie nie wymieniali się suchymi faktami, beznamiętnie bełkocząc pod nosem, że „coś było i minęło”. Oni żyli i nadal żyją opowieściami o przygodach dziadków podczas wojny i nie tylko. Rozpamiętują je również młode osoby: „Babcia dużo opowiadała na temat wojny. Tutaj były rozstawione przez ruskich pałatki. Opowiadała jak od ruskich jednego wieczoru zjedli konia, drugiego wieczoru krowę. Jak wszystkie palta pozabierali. Jak byli ubrani. Dużo z pamięci mówiła. Tylko, że wtedy dla mnie, dla dziecka, to nie było takie ciekawe” – rzecze moja szwagierka.

SONY DSC

Tej historii nie trudno na terenie mojej gminy szukać. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Na naszych terenach bunkrów nie brakuje. Przy drogach, na środku pól… – stały się elementem krajobrazu, świadectwem jakże trudnej historii…

 

Wybrałam się dziś specjalnie by zrobić te zdjęcia. Genialne w całej mojej eskapadzie było to, że po zrobieniu zaledwie dwóch fotek usłyszałam za sobą jakiś szmer. Odwróciłam się i zobaczyłam starszego Pana. Ukłoniłam się, powiedziałam „dzień dobry”, zapewniłam, że za chwilę uciekam tylko zdjęcia zrobię. Co po tym usłyszałam? – „Mnie tam Pani nie przeszkadza. Ja mogę trochę o tych bunkrach poopowiadać jak Pani trzeba”. – Serce mi zmiękło. Nie mogłam uwierzyć, że znalezienie osoby, z którą mogłabym o tym porozmawiać (nad czym się chwilę wcześniej zastanawiałam) będzie aż tak proste. Ta osoba przyszła do mnie sama, akurat wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Przypadek? Nie sądzę. To właśnie uwielbiam w tutejszych ludziach. Sami w sobie są świadectwem historii tej gminy.

 

„Ten bunkier co tutaj stoi miał być wyższy. U góry miała być taka ozdobna siatka, ale nie zdążyli zrobić więcej, bo ruskich Niemcy zaskoczyli. Tam po drugiej stronie rzeki są duże, nawet trzykrotne jak ten. […] Od Grędzic do Mazur jest 135 sztuk bunkrów”. – rzeczywiście moi drodzy jak sięgam wzrokiem moim oczom ukazuje się 7 bunkrów, gdy podjeżdżam kawałek dalej widzę następne….

Wytłumaczyłam mojemu rozmówcy, że w mojej miejscowości nie mówiono dużo o czasach wojny. Co on na to?: „Bo tam takiego boju nie było. Tu był front. Tu były niebezpieczne tereny”.

Ja o historii mojej rodzinnej miejscowości wiem bardzo mało, a tutaj osoby w moim wieku są w stanie tak o swojej małej ojczyźnie opowiadać, że dech mi zapiera… Zadawałam „za młodu” za mało pytań? Starsi nie kładli na to nacisku? Nie wiem. Teraz nadrabiam zaległości.

A Wy co wiecie na temat swoich wiosek? Dbacie o pamięć tego co było?

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *