Czym różni się żona rolnika od „innej” żony

Jestem żoną rolnika – opowiadam o tym szczególe nie od dziś. Chciałabym jednak zaznaczyć coś co jest wisienką na moim wiejskim torcie. Prawidłowo powinnam napisać „jestem żoną” – i ot cała filozofia. A że rolnika akurat to taki tam skromniuchny dodatek. Żoną być bowiem to nie jest taka prosta sprawa. Przekonałam się, że serce na ramieniu i wola walki nie wystarczą. Nie tyczy się to jednak tylko mojej osoby z tytułu tego, że zakręciłam się wokół farmera, a on wokół mnie. To ma charakter bardziej uniwersalny.

Na przestrzeni kilku lat odkryłam w sobie uśpione moce, które przejaw swój dały na krótko po ślubie. Dowiedziałam się, że mam niezły „wygar”, czyli nadaje na takich decybelach, że czasami męża przy mnie trzyma tylko obrączka i złożona przysięga. A o co ta cała „decybelada”? Nie o te widły rozstawione grom Ci go wie gdzie. Nie o krowy ryczące, domagające się wydojenia. Słowem kluczowym jest coś co zabiera sen z powiek nie jednej żonie – i rolnictwo nie ma z tym nic wspólnego. Skarpety! – ale nie te wyprane ułożone w szafie, przygotowane na przybycie swego Pana. Tylko te mówiąc grzecznie „porozrzucane” po podłodze. Te w koncie leżące, „mchem” porastające skarpety. Mają one również wspomaganie w postaci innych męskich ubrań, które można by było wrzucić do kosza na pranie dosłownie parę metrów dalej. Tylko pytanie po co? No po co się pytam? Czy mężom nie ma kto posprzątać? A że Panowie lubią bardzo nasze wygarowe występy słuchać, prowokują je co i rusz. Koncert tak się podoba, że łapią się za głowy, by skwitować je: „czepiasz się (i przez zęby) kochanie”. Nie wiem jak u Was, ale ja po takiej reakcji zazwyczaj wiem, że ów koncert trzeba będzie chcąc nie chcąc kiedyś powtórzyć.

Zup nie przesolę na pewno, bo nie używam soli prawie wcale. Wszystko to zasługa dzieci, bo jak zupa na obiad to tylko pod pociechy. Dla męża mięso z potrójną porcją ziemniaczków. Logika w tym taka, że „facet wodą się nie naje”. Rosołek mile widziany tylko podczas walki o życie zwaną „katarem”. Po co o tym piszę? – Bo to kluczowa, a zarazem jakże uniwersalna zasada panująca niemal w każdym małżeństwie. Niezależnie czy wzdychamy do siebie między posiedzeniami w biurze czy dojeniem krów.

Zadbać o swój wygląd też lubię. Może nie mam wystarczająco dużo czasu, by na co dzień robić się na „bóstwo”. Ba! Większość moich wiejskich dni ode mnie tego nie wymaga. Mam po prostu tak, że te klika gram delikatnej tapety w oczach moim dzieci mnie nie zmieni. Dla nich zawsze będę piękna. I ja taka Afrodyta tak stoję w tych garach i im gotuje. I serio bez makijażu się obędzie. O mężu to nawet nie wspomnę, bo on to takim małym druczkiem w akcie ślubu ma zapisane, że w worku po kartoflach też mam mu się podobać. Zaś w sytuacjach wymagających jako takiego „ogarnięcia się” – mam nadzieję trzymam poziom.

To takie oczywiste prawda? Co zrobisz jak obrządek i praca w polu to tylko taka specyfika zawodu? W moim przypadku małżeństwo, moja rodzina – to ta sama trudna, a zarazem piękna ścieżka życia – jak u każdego. Czym więc różnię się od „innej” żony? Niczym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *