Dzieci na wsi i ich życie społeczne

O tym jak wyglądało moje dzieciństwo pisałam w tekście „Wczoraj„. Coś tam napomknęłam o grach i zabawach na dworze, spotkaniach ze znajomymi, ale to zapewne mała kropla w morzu potrzeb, by wyrazić to co mam dziś do przekazania. Ja tak słodko-pierdząco opisywałam zalety mieszkania na wsi przez dzieci (a robiłam to TUTAJ), nie biorąc pod uwagę kilku jakże znaczących kwestii. Skupiałam się wtedy tylko na etapie, na którym są moje pociechy (4 i 2 lata). Ja pamiętam swoje etapy przejściowe z dziecka zafascynowanego gilem pod nosem w kobietkę przyjmującą pierwszych kawalerów na kawki. Atrakcji mi nie brakowało, a przynajmniej o ich braku teraz nie pamiętam. No i od czego by tu zacząć…

A no może od tego, że ja jestem rocznik 90. Piękny rocznik. Nie bójmy się to powiedzieć na głos – wybitny wręcz. Takich obywateli przybyłych na świat w okolicach mego rocznika trochę w mojej wiosce było. Żeby nazbierać drużynę piłkarską trzeba by było zapukać do hmmm około 4 domów. Bywały wioski, gdzie dzieci w domach nie było mniej niż pięcioro. A i znało się przypadki, gdzie taka drużyna piłkarska i w jednym domu by się znalazła. Towarzystwo do zabawy było, a i pomysłów do zabaw nie brakowało. Bywało i owszem, że miało się koleżanki mieszkające ileś tam wiosek dalej. Co wówczas się robiło by do nich dotrzeć? Wsiadało się na rower i pedałowało – ile sił w nogach. No… przekaz mam nadzieję jak najbardziej klarowny i jasny – w każdym kątku po dzieciątku, a  Bozia jak dała zdrowe nóżki i rączki – to się z tego korzystało. Kina pod bokiem nie miałam, do restauracji nie chodziłam, aby pobawić się na dyskotece musiałam przejechać 15km. Słabo? No niekoniecznie. Miałam za to ogniska do białego rana, spacery całonocne z gromadą znajomych, a w dzień było z kim pograć w piłkę. Teraz życie dzieci i młodzieży siłą rzeczy wygląda na wsi inaczej.

Dlaczego? Już za czasów mojego liceum chodziły słuchy o tym, że „dziewczyn na wsi brakuje”. Szczerze? Zdeklarowanych kolegów –  potencjalnych rolników też za dużo nie znałam. Nam – no dobra mnie (będę się wypowiadać za siebie) wbijano do głowy, że oto nadszedł czas, gdzie liczą się studia i dobre wykształcenie. Życie na wsi było zdecydowanie passe. Trzeba było iść do miasta i tam wieść miejskie życie. Na wsi przyszłości nie było. I tak wybywali ludzie w moim wieku to tu, to tam. Szukali szczęścia poza wiejskimi terenami. I choćby ktoś był gotów sprzedać nerkę i pół wątroby, żeby na wsi zostać – to i tak miasta musiał chociaż liznąć. Była to też trochę „selekcja naturalna”. Wiadomo, że jak w domu dzieci było sporo to wszyscy gospodarstwem się zajmować nie mogli. W ostateczności można by było na każdego coś tam przepisać, tylko pytanie czy byłby sens tyciuśny skrawek ziemi obrabiać? Tak więc ludziska powyjeżdżali i cóż się takiego wydarzyło? Tłumaczyć nie będę, ja tylko pochwalę się statystykami. Liczba młodych rolników w wiosce, w której mieszkam = 1. Uhm. Dobrze czytacie. A że już chyba wspominałam tutaj na blogu, że mam męża rolnika, to łatwo się domyślić o kim tutaj mowa. Rozmawiałam ostatnio ze znajomym z sąsiedniej gminy. Zapytałam ilu jest młodych rolników u niego we wsi. Zaśmiał się szarmancko i ze słodko-gorzkim uśmiechem powiedział: „tylko ja jestem tam młodym rolnikiem”. I żeby nie przedłużać wywodu, gdzie wiadomo do czego zmierzam pójdę o krok dalej. Mam dwóch synów. Małe to szkrabki póki co, choć dzielnie z czasem walczą i rosną podwędzając drożdże z szafek. Mają koleżankę – jedną jedyną – mniej więcej w swoim wieku w naszej wiosce. Powtórzę, bo to bardzo ważne – mają jedną koleżankę mniej więcej w swoim wieku w wiosce, w której mieszkamy. I to by było na tyle. Koniec, finito. Nastaje zatem pytanie czy odosobniony to przypadek? Panie i Panowie wypowiedź czytelniczki sprzed kilku dni:

„Hej! Dzieci na wsi a szczególnie u mnie mają przeje*ane – (w sensie, że kiepściutko to wygląda) – jeżeli chodzi o towarzystwo, a raczej jego brak. Na mojej ulicy nie ma ani jednego dziecka w wieku mojej córki. Owszem są starsze o 3-4 lata albo młodsze, ale przy dużej różnicy wieku średnio idzie zabawa. Placu zabaw w pobliżu też nie ma, jest 2,5 km od nas i ludzie średnio tam chodzą”.

I ja się muszę pochwalić, że wioska położona od nas o jakieś na oko 2,5km posiada skromny plac zabaw. Powiem Wam, że spacer w te dziecięce miejsce rozpusty i totalnej energetycznej rozpierduchy przyprawia mnie o palpitacje serca. Moje dzieci zmęczą się, urządzą po drodze ze dwa strajki (bo one dalej nie idą), odwalą decybeladę a`la „mamusia kłamała, zjeżdżalni nie będzie”. Ja w takich przypadkach wolę żyć o suchym pysku i generalnie o głodzie byleby kupić atrakcję tego typu i wystawić ją na podwórku. To nie jest zachcianka i wyrzucanie pieniędzy w błoto. To jest oszczędność czasu i dbanie o swój komfort psychiczny. W mojej wiosce wypasionego placu zabaw raczej nie wyglądam. Rada starszych oznajmiła, że u nas cytuję: „w wiosce dzieci nie ma, to i po co?” Oznajmiłam wówczas moim synom, że rzeczy na naszym podwórku muszą im wystarczyć do zabawy, bo „ich nie ma” 😉  Synowie posłuchali.

„Dużym plusem jest nowa dyrektor gminnego ośrodka która 2-3 razu w tygodniu za 5 zł organizuje zajęcia dla dzieci : manualne, kulinarne i seanse filmowe. Plusem jest, że dziecko może przebywać na podwórku cały dzień. Moje „wild child” wychodzi o 6.00 a wraca 21.00-22.00 z przerwami na jedzenie i drzemkę, ciężko ją utrzymać w domu albo w jakimś innym miejscu. Kiedyś było inaczej, teściowa opowiadała jak była masa dzieci w podobnym wieki, wszystkie bawiły się razem na ulicy – fakt było o wiele mniej samochodów, mniejszy ruch. Teraz nie wyobrażam sobie wypuścić młodej samej na ulice. Ciągle coś jeździ. I na wsi wadą jest to, że obok podwórka domowego jest podwórko gospodarcze, gdzie są maszyny i np. moja strasznie ciągnie do ciągników, belarek itp., zawsze znajdzie sposób żeby tam dotrzeć 😂

Coś a propos organizacji zajęć dla dzieci i młodzieży napisała inna czytelniczka – weźcie głęboki wdech i postarajcie się przeczytać to zanim powietrze Wam się skończy 😉

 „U mnie w mojej miejscowości jak i sąsiednich (okolice Lublina) dzieci mają organizowane różnego rodzaju warsztaty: z malarstwa, ceramiki, śpiewu, aktorstwa, robienia palm wielkanocnych, robienia ozdób świątecznych , choinkowych. Do tego jeszcze różnego rodzaju festyny: Dni Miejscowości. Działają też Młodzieżowe Drużyny Pożarnicze przy OSP, w których dzieci uczą się udzielania pierwszej pomocy, a także podstaw działania Straży Pożarnej. W bibliotekach organizowane są spotkania, warsztaty dla dzieci (nie tylko z literatury czy czytelnictwa), organizowane są rozgrywki sportowe międzyszkolne, konkursy fotograficzne dla szkół ale i też indywidualne. Działa młodzieżowy klub sportowy, gdzie dzieci grają w piłkę nożną (dziewczynki i chłopcy). W szkołach są treningi rugby, koszykówka oraz tenis stołowy. Poza tym są gminne rajdy rowerowe dla dzieci, młodzieży i starszych. Działają różne schole, chórki, funkcjonuje dziecięco-młodzieżowa orkiestra dęta. Do tego angażowanie się dzieci w święta kościelne, dożynki, odpusty. Różne przedstawienia teatralne na święta oraz na akademię na Dzień Babci i Dziadka…”
Aż dostałam zadyszki jak to czytałam. Sporo tego, co nie? Ten wpis uświadomił mi, że jakby tak wziąć pod lupę to co organizuje u mnie pobliska biblioteka to jednak coś się dzieje. Czekam cierpliwie aż dzieci będą na tyle duże, by mnie gnębić żeby ich tam zawieźć. Pewne działania na rzecz aktywizacji dzieci są jednak cały czas przede mną. Oby do czasów szkoły.
Staramy się jeździć z dziećmi w różne miejsca, by pokazać im, że świat nie kończy się na naszym podwórku. Co do relacji społecznych to póki co plan jest taki… Mam dwóch synów – chłopaki mają siebie. Jak tylko przestaną się lać po głowach to nawet cieszą się swoim towarzystwem. Ja doceniłam swoje siostry gdzieś na etapie studiów, powyżej 20-tego roku życia. Także jeszcze jakieś 16 lat, a potem z górki. A tak zupełnie szczerze to nie postrzegam ich jako outsiderów. Nasza mała ojczyzna to nie koniec świata. Dla nich to świata początek.