Moje wrażenia z wyjazdu do Zakopanego

Zacznijmy od początku, czyli od samej decyzji wyjazdu w góry. Rok temu podczas wakacji na Mazurach jeden z synów wbiegając na górkę stwierdził: „mamo, tato ja chcę w góry”. I żeby było jasne – ja i mąż również chcieliśmy, ale od lat z tyłu głowy pojawiała się myśl, że jeszcze nie czas na to, że z trójką dzieci to będzie zbyt duże wyzwanie. W chwili, gdy syn wypowiedział te słowa, potraktowaliśmy je jako zielone światło, motywator, aby uwierzyć, że taki wyjazd ma sens.

Biorąc pod uwagę wyjazd w góry coś mi mówiło, że warto będzie odwiedzić Zakopane. Decyzja zapadła, ale… wśród znajomych, którzy tam byli pomijając widoki i kontakt z naturą jakiej w naszych rejonach próżno szukać, mówiono o „paragonach grozy”, strasznych kolejkach na Kasprowy i ogólnie tłoku. Tak więc delikatna konsternacja i wątpliwość czy to aby na pewno dobry kierunek na odpoczynek, pojawił się zanim zaczęłam pakować torby.

Wspomnę tylko, że nasz pierwszy przystanek był w Łodzi. Tam odwiedziliśmy Orientarium ZOO Łódź, gdzie bardzo chcieliśmy zobaczyć kąpiel i karmienie słoni. Czy warto? Moim zdaniem tak. W ZOO w Warszawie, Wrocławiu i Gdyni (tam było nam dane być) takiej atrakcji nie ma. Świetną sprawą okazał się być także tunel do obserwacji rekinów i płaszczek. Jeden z synów bardzo chciał zobaczyć „Red panda”, która okazała się być w rzeczywistości pomarańczowa. Rozczarowanie? Nie, bardziej ciekawość dlaczego tak jest. Synowie mieli dużo frajdy ze zwiedzania tego obiektu.

Za ciekawostkę niech posłuży fakt, iż bilety z Kartą Dużej Rodziny nie można tam kupić za pośrednictwem Internetu. Chcąc nabyć bilety dla naszej gromadki 2+3 trzeba na miejscu okazać karty wszystkich członków rodziny, co jest praktykowane z tego co zauważyłam praktycznie wszędzie. Jest to moim zdaniem ciekawe rozwiązanie, biorąc pod uwagę fakt, że rodziny wielodzietne muszą stać w kolejkach z dziećmi, gdzie w tym samym czasie ludzie bezdzietni, bądź mający max 2 dzieci mogą zakupić bilety online i zwyczajnie wchodzą do obiektu wcześniej.

Później był Aquapark Fala. Czy warto? Źle nie było. Pozytywnym akcentem na pewno jest fakt, że w gąszczu ogromnej kolejki do kas, do rodzin z dwójką bądź więcej dzieci podchodziła pracownica Aquaparku, która zapraszała do osobnej kolejki, gdzie była możliwość zakupu biletów szybciej. Przebieralnie były ogromne, co potęgowało czujność, aby nie stracić dzieci z zasięgu wzroku. W ogólnym rozrachunku byliśmy zadowoleni. Najstarszy syn stwierdził, że schody prowadzące do części zjeżdżalni przypominały klatki schodowe z lat 80-tych i 90-tych. Kolejki do atrakcji były dość duże. Największym zaskoczeniem okazała się zjeżdżalnia, z której na specjalnym pontonie mogły korzystać dwie osoby. Niespodzianka polegała na tym, że w pewnym momencie podczas zjeżdżania następował silny spadek w dół. Na początku ogromny szok i zbieranie myśli na prędce „to tu się wydarzyło?”. Na koniec jednak przychodziła refleksja, że kurde fajnie było, ale dzieci na to nie puszczę 🙂 Myślę, że z całej naszej 5-tki nasz 4-latek był najbardziej „pokrzywdzony”, gdyż z kilku atrakcji zwyczajnie nie mógł korzystać, ale takie uroki młodego wieku.

Kolejną „wspominajką” jest fakt, że bardziej korzystna dla nas okazała się być trasa przez Słowację (brak korków), więc dzieci miały okazję podziwiać inne znaki drogowe i słuchać zagranicznego radia, co było dla nich ciekawą atrakcją.

No ale co z tym Zakopanem? Już w trakcie jazdy z daleka były widoczne góry, więc narastała ekscytacja, gdyż co tu dużo mówić – tęskniłam za tym widokiem. Co zastaliśmy po przyjeździe do Zakopanego? Tłumy. Ogrom samochodów na drogach. Mnóstwo stoisk z możliwością zakupu oscypków, gdzie bardziej niż oscypki rzucały się w oczy napisy „możliwość płatności kartą”. To takie wrażenia „z auta”. Pierwszym celem okazał się być „Brutal Market”, do którego bardzo chciał zajść jeden z synów. Okazało się, że musimy przejechać niemal całe Zakopane, aby do niego dotrzeć. Czas mijał, trasa z racji dużego ruchu na drogach się dłużyła, ale pierwsze wrażenie było dosyć oczywiste – oto miasto typowo turystyczne, będzie tłoczno i wesoło. Oczywiście najpierw byliśmy głodni. Odjechaliśmy kawałek dalej, między domkami do wynajęcia znalazła się setna karczma po drodze, do której zaszliśmy i tam postanowiliśmy co nieco zjeść. Of kors z mężem wybraliśmy coś regionalnego, dla dzieci też się znalazły smaczki typu pierogi czy placki ziemniaczane. Co ciekawe – obsługiwało nas dziecko. Taki na oko 10-11 letni chłopiec. Jak ktoś jeszcze mi powie jak to biedne dzieci na wsi muszą pracować to wyślę ich do Zakopanego, aby przekonali się, że pracy uczą nie tylko na wsiach.

Wieczorem poszliśmy na Krupówki. Przywitały nas tłumy. Nie ukrywam co chwila nerwowo spoglądałam na dzieci, bo serio można było ich zgubić. Oczywiście poczuliśmy smak wakacji, a właściwe ich cenę, bo co jak co, ale ceny bywały zawrotne. Jednak pojawiało się światełko w tunelu, gdyż np. w jednym miejscu za gofra z bitą śmietaną trzeba było zapłacić 28zł, zaś tuż przy wyjściu z Krupówek koszt takiego przysmaku wynosił 12zł. Tak więc warto się czasami rozejrzeć. Plusem Krupówek na pewno było kilka atrakcji dla dzieci. Nasi zmęczeni od chodzenia synowie mogli pocieszyć się wizytą w papugarni, sklepie z żelkami, no i lody, gofry, jedzonko – to co tygryski lubią najbardziej.

Byliśmy z mężem bardzo zdeterminowani i zawzięci, aby wyjazd nie był skupiony tylko na dzieciach. Chcieliśmy zobaczyć widoki, które X lat temu było nam dane zobaczyć w Bieszczadach. Naszym głównym celem był Kasprowy Wierch. Biorąc na tapet tę kwestię nie mogę nie wspomnieć o lęku wysokości, który niewątpliwie mam. Ogromny lęk wysokości. Taki, że parenaście lat temu moje pierwsze wejście na szczyt w Bieszczadach przypieczętowałam atakiem paniki. Każdy kolejny dzień był już z górki. Jednak nie miałam pojęcia jak zareaguje mój organizm tym razem. Jakież było moje zdziwienie, gdy w tym roku jadąc kolejką górską na Kasprowy Wierch nie czułam paraliżującego strachu, tylko zachwyt. I to jest wypracowane w mojej głowie – tak myślę. Taką mam nadzieję.  Dzieci? Z rana usiedliśmy z nimi i pokazaliśmy im filmik na YouTube, na którym było pokazane jaką kolejką zamierzamy jechać. Ich reakcja? „Okej, spróbujmy”. Tak więc dzielniejsi ode mnie albo po prostu zaczynają przygodę z górami wcześniej i z tego tytułu mają z deka łatwiej.  Chcieliśmy spróbować wejść albo zejść z jakiegoś szczytu z dziećmi. Po rozmowach ze znajomymi, którzy byli w Zakopanem doszliśmy do wniosku, że nie będzie to Kasprowy Wierch (trasa podobno trudna nawet dla dorosłych). Zapadła decyzja, że przejedziemy się kolejką górską w obie strony. Koszt? Z kartką dużej rodziny dla 5 osób – 610zł. Co istotne – warto kupić bilety online, gdyż nawet jeśli uda się je zakupić nie stojąc w długiej kolejce do kasy, to i tak możliwe, że będzie trzeba stać ponownie i czekać, aż najpierw wejdą grupy, które kupiły bilety drogą elektroniczną. Choć i tak w naszym przypadku pewnie musimy przy kasie okazać karty dużej rodziny. Dla nas koło się zamyka. 

Nie mogliśmy sobie oczywiście odpuścić zobaczenia Wielkiej Krokwi. Choć oficjalnie wzdłuż i wszerz zobaczył ją tylko mąż i jeden z synów. Dlaczego? Było nas 5 osób. Na górę Wielkiej Krokwi można się dostać koleją krzesełkową, na której mogą siedzieć maksymalnie 2 osoby. Nie szło się podzielić po równo. Tak więc z dwoma synami udałam się w tym czasie na spacer, gdzie dosyć szybko okazało się, że niedaleko znajduje się Dinopark w Zakopanem. Młodsi synowie oszaleli. Najstarszy dołączył później. Muszę przyznać, że mimo dużej różnorodności atrakcji miejsce to nie zrobiło na mnie dużego wrażenia. Dzieci w wieku 4-8 lat nie wiedziały gdzie najpierw pójść, bo wszystko ich interesowało (dmuchańce, zjeżdżalnie, karuzele). 10 latek już się jednak nudził. „Dinozaury”, które stały po środku, zdawały się nie robić na dzieciach żadnego wrażenia. Osobiście uważam, że Dinopark w Malborku, w którym byliśmy parę lat temu był zdecydowanie lepiej wyposażony i co chwila wprawiał mnie w zachwyt. Tutaj czegoś mi brakowało. Starałam się nie wypowiadać tych myśli na głos, jednak jeden z synów orzekł sam, że jest to mało atrakcyjny park rozrywki. Co nie zmienia faktu, że najmłodsi z naszej ekipy piali z zachwytu. 

Klimat wspinania się po górach było nam dane poczuć w kolejnym dniu. Wybraliśmy najkrótszą trasę prowadzącą od naszego mieszkania na Gubałówke. Przed nami było lekko ponad 2km drogi, z czego duża część przez las. Biorąc pod uwagę fakt, że każdy z naszej ekipy miał inną kondycję i próbował narzucać swoje tempo, było bardzo ciekawie. Momentami pojawiała się myśl „po co mi to było”, ale co tu dużo mówić – było warto. Stres i zamartwianie się w trakcie drogi zniknął bliżej szczytu, a wspomnienia, że udało się wejść samemu zostały.  Sama Gubałówka była ciekawym miejscem, przypominała „miasto w mieście”. Szczyt ten tętnił życiem. Mnóstwo straganów i miejsc, w których można było coś zjeść i wydać kolejne pieniądze. Dla dzieci nagrodą za wejście na Gubałówkę była przejażdżka kolejką grawitacyjną, w której się po prostu zakochali. 

Wraz z dwoma synami zjechaliśmy z Gubałówki kolejką, mąż zaś ze średniakiem zdecydowali się zejść ścieżką prowadzącą wzdłuż też kolejki. Biorąc pod uwagę fakt, że schodzenie z Gubałówki trwało dosłownie 10-15 minut dłużej niż zjazd, żałowałam wydanych pieniędzy na przejazd. Około 100zł zostało by w portfelu, a nogi i tak i tak wieczorem bolały. Na dole było mnóstwo atrakcji dla dzieci: wesołe miasteczko, zjeżdżalnie (dla dzieci powyżej 8 lat). Tuż obok pełno straganów i ponowna możliwość wydania pieniędzy. W ogóle Zakopane to miejsce, gdzie w kółko wydaje się pieniądze. Niby nic dziwnego, ale miałam lekkie ciary żenady, gdy nawet wchodząc do toalety witał nas napis „możliwość płatności kartą”. Nic za darmo. Absolutnie nic za darmo. 

Przy straganach udało się wymienić kilka informacji z Panią, która podobno mieszka na co dzień pod Zakopanem. Podzieliła się ona refleksją, że dla niej wyjazd w rodzinne strony (urodziła się w Zakopanem) to wybór między opłaceniem atrakcji dla córki, a kupieniem chleba. Także jak się zapewne domyślacie w Zakopanem bywa rzadko. 

Pozytywnym zaskoczeniem była wizyta w Dolinie Kościeliskiej. Za okazaniem Kart Dużej Rodziny wejście okazało się być darmowe, a właściwie to właśnie one były naszymi biletami. Sam spacer bardzo przyjemny, po równym terenie. Choć mieliśmy pecha i przyjechaliśmy już po zamknięciu jaskini, którą można było tam zobaczyć. 

Zapytałam męża o jego wrażenia z Zakopanego i stwierdził, że jest taka jak mówią – tzn. górale są faktycznie niemili i opryskliwi. I miałam delikatny mindfuck, bo serio nie mogłam skojarzyć kiedy my spotkaliśmy tego górala? Chyba, że chodzi o tego pana co był ubrany w charakterystyczny (chyba tradycyjny) strój góralski. Tego co to palił papierosa za papierosem i czekał aż ktoś podejdzie, aby zrobić sobie z nim zdjęcie. A może chodzi o tych Państwa, którzy w bacówce sprzedawali tradycyjne oscypki. Tradycyjne – to trzeba podkreślić, bo każde pytanie o żurawinę do oscypka przyprawiało tych Państwa o delikatny zawał. Ja nie pytałam, ale zapytał Pan przede mną i usłyszał przez zaciśnięte zęby, że żurawina to wymysł naszych czasów i nie ma nic wspólnego tradycyjnym oscypkiem. Koniec i kropka. O jakich góralach mowa trudno powiedzieć.

Czy kiedyś zdecyduje się wrócić do Zakopanego?  Na pewno chciałabym wrócić w góry.  Mnie i męża interesował przede wszystkim klimat gór. Widoki i sama walka o to, aby móc tych widoków doświadczyć. Udało się klimat gór poczuć, jednak nie mamy wątpliwości, że pod tym względem zdecydowanie wolimy Bieszczady. Pamiętamy je jako miejsce, gdzie ważny był szlak do przejścia i nie czuliśmy się bombardowani konsumpcjonizmem. Jednak na dzień dzisiejszy Zakopane właśnie przez wzgląd na przesyt atrakcji był dla nas lepszym wyborem. Dlaczego? Bo byliśmy z dziećmi, które są w różnym wieku i mają różne temperamenty. Część „pożarów” związanych ze zmęczeniem mogliśmy zgasić jakąś atrakcją, co oczywiście słono nas kosztowało.  Mieliśmy okazję przekonać się po raz pierwszy na ile stać nasze pociechy. Mogliśmy ocenić czy w przyszłości możemy postawić na wyjazd, gdzie nie będzie się wszystko kręcić wokół atrakcji dla dzieci.

Nie dziwi mnie również fakt, że coraz częściej ludzie decydują się na wyjazd na wakacje za granicą. Sumując kwoty wydane na turystyczne miejsca w Polsce wychodzi, że w tej samej kwocie można by opłacić wakacje all inclusive poza terenami naszego kochanego kraju.  Póki co chcemy odwiedzić Polskę wzdłuż i wszerz, zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *