Rolnicze „uwiązanie” vs radość z życia

Od czytelników słów kilka:

„Wolnego czasu w gospodarstwie jest mało. Zwłaszcza tam gdzie jest mało rąk do pracy. Ale można czasami wyjechać na chwilę, blisko , żeby choć głowę przewietrzyć. Zwiedzajmy Podlasie , tu na prawdę jest wiele miejsc ciekawych”.

„U nas niestety ciężko, jedynie niedziela jest dniem, że czasem uda się nam gdzieś wyskoczyć”.

„Ja też lubię te krótkie weekendy, jednodniowe wyjazdy, dwa tygodnie to katorga”.

„W sobotę grillowaliśmy z sąsiadami. Wczoraj trochę na motorze… Tak jak piszesz. Jak ktoś chce to znajdzie czas na rozrywkę”.

Dziś celowo zaczynam od wypowiedzi osób prowadzących gospodarstwa, które zdecydowały się wypowiedzieć na temat czerpania tzw. „radości z życia”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że są dowodem na to, iż da się wykrzesać choćby skrawek czasu na atrakcje poza gospodarstwem. Warunkiem jest to, by tego chcieć. Dwa lata temu chodził mi po głowie temat na posta o tym, że mimo, iż prowadzimy gospodarstwo to wiemy co to wakacje i odpoczynek. Pamiętam jak rozmawiałam z kolegą i mówiłam, że wyjeżdżamy nad morze. „Rolnik jedzie nad morze? Karolina, toż to temat na posta”. Z jednej strony może i tak, z drugiej mam świadomość, że my mamy „jeszcze” taką możliwość. Na razie jest komu powierzyć gospodarstwo pod opiekę. Przyjdzie czas, że w grę będą wchodzić tylko wycieczki tak zwane „jednodniowe”, bez możliwości noclegu. Poza tym… nie wszyscy nasi znajomi po fachu mogą sobie pozwolić na dalsze wyjazdy. Byłam zatem trochę rozdarta w związku z tą kwestią. Jednak w pewnym momencie naszło mnie słynne „olśnienie”, które króluje w kreskówce Abby Hacher (nazwę mogłam przekręcić, jak to się piszę specjalizują się moi synowie). Tutaj moi drodzy uważam, że nie o wyjazdy dalekosiężne chodzi, a o coś zupełnie innego.

„Czym się zajmujecie?” – pyta mnie i męża niegdyś nowo poznana osoba.

„Prowadzimy gospodarstwo”.

„Ojej. To współczuje. Zero radości z życia”.

No i wiecie…. Nie powiem, by ta durnowata puenta strzeliła mnie po mor… buzi!, bo się w życiu lepsze komentarze słyszało. Ale…. Dała mi trochę do myślenia. „Radość z życia” – a cóż to takiego jest? Dalekie podróże? Brak pracy fizycznej? Wolne weekendy od pracy? Dumam nad tym już kawałek czasu i patrzę na to pod kątem naszej pracy, a może lepiej określić to mianem stylu życia? Bo jest to swego rodzaju styl życia. Ja już nie raz podkreślałam fakt, iż z gospodarką jest jak ze ślubnym kobiercem. Dopóki śmierć nas nie rozłączy. No…. Albo niskie ceny na rynku zbytu i mała opłacalność, ale o tym może nie mówmy. Tutaj nawet intercyza nie ma racji bytu. Czy gospodara coś od siebie da czy nie, to i tak trzeba ją kochać. Rozstania zaś bywają bardzo bolesne.

W całym krowiastym rozgardiaszu znalezienie chwili, by pojechać gdzieś z dziećmi są dla mnie radością. Szybki wyjazd na basen czy na plac zabaw cieszy. Wyjście do kina z mężem lub pogaduchy ze znajomymi – cieszą. Ogniska, grille, spacery po łące – cieszą. Wyjazdy do pobliskich atrakcji turystycznych – cieszą. Dalsze podróże, na które póki co raz/max dwa razy do roku możemy sobie pozwolić – gromadzimy w pamięci na zaś. Osoby, które zdecydowały się pracować na roli zdają sobie sprawę z ograniczeń jakie się z tym wiążą. Są przecież osoby, które nie prowadzą gospodarstw, a są większymi domatorami niż rolnicy. Nie ma się co czepiać i szufladkować gospodarzy jako tych, którzy nie mają ciekawego życia. Choć podejrzewam, że debatowanie na ten temat jest niczym ścielenie stanowisk na czas dojenia. Ja zgarniam gówna do kanału i sypie słomę, a krowy wstają i walą pod siebie na nowo.

Czy to oznacza, że każdy kto pracuje na wsi jest szczęśliwy i w pełni usatysfakcjonowany swoim życiem? A skąd! Ja również znajdę kilka wkurzających kwestii, których mogłabym się przyczepić. ALE… Na świecie jest cała masa ludzi, którym ciężko dogodzić. Z jednej strony coś kochamy, z drugiej chętnie strzelilibyśmy na swoją miłość focha. Jak w małżeństwie, zgadza się?