Wieś się bawi

 
Pamiętasz te scenę rodem z filmu romantycznego, gdy na dyskotece podchodzi do Ciebie nieznajomy, by poprosić Cię do tańca? Oceniasz sytuację na biegom i stwierdzasz „w sumie czemu nie”, dajesz się do tego tańca porwać. I okazuje się, że ten film romantyczny posiada cechy komediowe, by ostatecznie przejść w jeden wielki dramat. Pan, który wygląda całkiem sympatycznie, już tak sympatycznie tańczyć nie potrafi. Kiedy czujesz jak szarpie Cię za ręce tak, że o mało nie urwą się z zawiasów, z przerażeniem uświadamiasz sobie, że piosenka, do której tańczycie  ma jeszcze dwie zwrotki. Walczysz dzielnie, starając się w miarę przekonująco uśmiechać. By zająć czymś myśli zastanawiasz się „co u niego grają?” Ty tupiesz nóżką do „Ona tańczy dla mnie”, u niego z ruchu bioder raczej „Gangam Style”. Machająca się w każdą możliwą stronę głowa idzie bardziej w kierunku „What is love” z Jimem Carrey`em w roli głównej. Twoje ręce odczuwają właśnie lekką ulgę, bo kawaler przeszedł w fazę „jezioro łabędzie”, by płynnie (i tu trzeba pochwalić) zakończyć wygibasy „kółkiem graniastym”. I w pewnym momencie nie ma znaczenia, że Twoje kończyny błagają o litość. Najważniejsze, by znajomi tego nie widzieli. Gdy dramat dobiega końca kłaniasz się grzecznie i wykonujesz w tył zwrot. Starasz się o tym zapomnieć… Nie zapominasz… Bo takie historie, to „creme de la creme” z młodzieńczych lat.
Brak zdolności tanecznych czasami nie był potrzebny, by taniec został spalony zanim zaczynała się tlić choćby jedna taneczna iskierka. Przed oczami masz bowiem koleżankę, do której podchodzi kawaler, by zapytać: „zatańczEm?” Patrzysz na nią, dostrzegasz powagę i skupienie na jej twarzy, po czym słyszysz odpowiedź w iście mistrzowski sposób: „nie, nie zatańczEm, postojEm!”
Na świeżym powietrzu, tuż przed remizą, w której impreza trwa, można spokojnie postać i pogadać. Oczom nie raz ukazuje się obrazek, na którym jeden pan pójdzie grzecznie wysika się pod drzewko, by juz za chwilę inny pan mógł się o to samo drzewko kulturalnie oprzeć. Ach, to były czasy!
A więc to tak? Tak się wieś bawi? Niepełnosprytni tanecznie panowie, niepotrafiący się wysłowić i w dodatku opszczymury? A właśnie, że nie! Te sytuacje zapadły w mojej pamięci ze względu na ich nietypowość. Żeby nie było, kobiety kłody też się trafiają. Może nawet co dla niektórych i ja do nich należę. Wieś się bawi na poziomie. Raz na wozie, raz pod wozem. I tu i tu, to też jakiś poziom. Zacznijmy od początku…
          Dorastałam w czasach, gdy w najlepsze panowała moda na tzw. osoby towarzyszące na weselach i nie tylko. Ślub kogoś z rodziny stawał się zatem pretekstem, by spiąć pośladki i wreszcie się ustatkować. Bo głupio było po prostu iść samemu. Partner musiał spełniać pewne kryteria. Ktoś by pomyślał, że wystarczy, aby radził sobie na parkiecie i umiał się zachować. A no guzik prawda. Grunt byleby był przystojny, albo chociaż przystojniejszy od chłopaka nielubianej koleżanki. U Ciebie tak nie było? Oj nie kłam kochana…
A dla Pana kawalera, partnerka nie miała przypadkiem mieć szczupłej figury, pełnych kształtów i najlepiej prawko w kieszeni, by odwiozła Cię do domu po imprezie? A no tak, liczyło się wnętrze. Bo wchodząc do klubu rozglądałeś się za tą z bogatym… wnętrzem. Za tą, od której emanowała aura dobroci i czystego piękna. Pamiętam kawalerów, dla których ów aura wzmacniała się na wieść o dużej ilości hektarów posiadanych przez ojca panny. Były również dziewczyny, którym zainteresowanie dżentelmenami wzrastało na wieść o marce posiadanego przez nich samochodu. Miały one nawet jakieś określenie. Było ono związanie z mechanizacją… albo nie koniecznie… to chyba coś ze złomem miało wspólnego. Nie ważne. Zostawmy jednak kwestie miłosne. To czas by się bawić.
              Kiedy zajechało się na zabawę samochodem zatankowanym przez rodziców, wchodziło się do klubu, gdzie byli ONI. Znajomi. Pełno znajomych. Ludzie, z którymi można było porozmawiać, potańczyć, w przypływie euforii konie kraść, rozbijać banki. Tam panowała młodość, załączała się nieśmiertelność. Dzień po bolały nogi, czasem głowa. Innych bolała głowa, czasem nogi. Można jednak łatwo zrozumieć, że urok klubów nie polegał na ich nazwie, czy muzyce jaką grali. Tam byli ONI. Tam nie było problemów dnia codziennego. Ludzie byli tak zaprawieni w tanecznym boju, że rozbiliby system „Tańca z gwiazdami”. Szkoły tańca nie miałyby tu racji bytu. Parkiet płonął żywym ogniem, ziemia się trzęsła, więc dla pewności, by budynek się nie zawalił ściany podpierały co rusz jakieś osoby. Te osoby oczywiście się zmieniały, bo grunt to równowaga. Zdolności taneczne przenosiło się na parkiet weselny. Z dumą prezentowało się umiejętności przy wyjątkowo modnej dziś muzyce disco polo. Zupełnie przypadkiem czmychało się za stoły, akurat wtedy, gdy zespół zapodawał walczyka.
         Potem przyszły czasy, kiedy znajomi rozeszli się każdy w swoją stronę. Trzeba było dostosować życie pod nową zastaną rzeczywistość. Nowi ludzie, nowe kluby. W mieście panowała moda na tańczenie w kółku. Tańce za rączki były zdecydowanie „passe”. Szybko zatem odkryłam, że tutaj szczęścia na parkiecie nie znajdę.
               Mija parę dni, wracam do domu. Wsiadam do samochodu i jadę na zabawę. W oczach łzy wzruszenia, w sercu nieodparta tęsknota. Staję przed niegdyś bardzo lubianym miejscem, wchodzę, a ICH tam nie ma… Robię kilka rundek dookoła sali, i nadal ich nie widzę. W końcu podchodzi do mnie sąsiadka. Na jej widok jestem w lekkim szoku, bo zawsze w moim mniemaniu była taka „młodziutka”. Pytam więc: „dziecko, co Ty tutaj robisz?” I słyszę: „????? Karolina, no wieź, ja mam 18 lat!” Wyjmuję telefon, klikam w opcję „kalendarz”, i uświadamiam sobie, że nie minęło parę dni, tylko kilka lat. Zauważam, że koleżanki już nie wysyłają sms-ów o treści „gdzie jesteś?” Przesyłają za to zdjęcia swoich dzieci. Koledzy jeszcze dzielnie walczą o każdy rok kawalerstwa. Lecz ich również szczęście kiedyś dopaść musi.
              Jak jest dziś? Dziś wieś też się bawi. Dla mnie, mężatki z dwójką dzieci, prym wiodą wesela. Próżno szukać imprezy weselnej w remizach, ale są kwestie niezmienne, trwałe. Niemal wszyscy Panowie, to parkietowe Maseraki. Każdy piruet, podniesienie, obkręcanie partnerki są przemyślane i przeprowadzone ze szwajcarską precyzją. Marynarki wiszą na krzesełkach, koszule przyklejają się do ciała od tanecznego potu. Panie pilnują, by przy kręceniu się, sukienka nie odkryła tego i owego. Poprawiają koszule mężom, by prezentowali się adekwatnie do ilości wypitego alkoholu. W przerwach plotkują z koleżankami, relaksują się, bo dzieci już zasnęły. Panowie wymieniają się zaś nowinkami rolniczymi, bo po prostu to lubią. Przy każdym stole siedzi tzw. „polewacz”. Jego zadaniem jest dbanie, by kieliszki były zawsze pełne, a towarzystwo, które go na daną funkcję wybrało było uśmiechnięte. Mąż śpiewa swej Pani na ucho „żono moja”, sąsiad z naprzeciwka „a teraz idziemy na jednego”, i jest wesoło, bo „noc taka czarna”. I bawisz się, tańczysz, śpiewasz, aż dech zapiera, a w głowie zaczyna wirować. Siadasz przy stole, zastanawiasz się co się dzieje. I ktoś uprzejmie Ci tłumaczy, że trzeba się leczyć tym czym się człowiek zatruł. I ta konsternacja, gdy nie pamiętasz, czy zaszkodziła Ci butelka z napisem „Dyrektor”, „Prezes”, a może „Romantyk”? Więc dla pewności pijesz z każdej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *