Żono moja… Mężu drogi mój…

Są panowie, którzy ubolewają, bo nad ich rozwalonymi na podłodze skarpetkami nie ma komu wulgaryzmów konkretnych, bo małżeńskich posłać. Bo nikt prócz żon nie wywoła jesieni średniowiecza z powodu kilku skarpetek po raz wtóry nierozważnie rozrzuconych po tej psia mać podłodze. Były czasy, gdy patrzyłam na owe skarpety z rozrzewnieniem. Kiego się na ich widok tak szczerzyłam? Teraz nie pamiętam.
Ale co rusz sobie przypominam, gdy jedzie sobie pan serca mego gdzieś na dzień, nie daj Bóg dwa… i nie ma na kogo pokrzyczeć. Nie ma skarpetek na podłodze, a i zupa w idealnej temperaturze, idealnie osolona. No i w ogóle jest zupa! Bo przecież zupą to się chłop nie nasyci. Jak brzuszek ma być pełen to ma być kawał mięsa na talerzu i koniec. Rosół na obiad? -„No dobra żono, trochę popiłem. A drugie danie gdzie?”
Jak męża tymczasowo nie ma krząta się żoneczka po domu, ewentualnie po oborze, bo już czas obrządku. I też by już chciała, aby mąż przyszedł i się uczepił, że krowy za mało kukurydzy dostały, a byki za dużo. Osypka znowu w złym miejscu stoi, a woda się leje z bańki, bo nie zakręcona… Cisza brzęczy w uszach, w głowie dezorientacja… Ech… no nie ma na kogo pokrzyczeć.
A jak już jest, to najpierw pogadanka, że miał być godzinę temu i co to ma znaczyć? Słyszy żoneczka, że ma się uciszyć, bo on chce „odpocząć”. W oczach małżonki furia, bo odpocząć niby po czym? I znowu słyszy, że ma się uspokoić, w całej swej  łaskawości ogarnąć…
I kiedy kobiecina wyciąga palec, by popukać mężulka w główkę, w połowie drogi zatrzymuje rękę i puka paluszkiem w głowę siebie. I w myślach ten przeszywający błysk i odczuwalny fizyczny ból, bo facet ma czelność w tej sprawie mieć rację! I nagle raduje się żona, szczerzy w bananowym uśmiechu, bo jest ktoś kto postawi do pionu, wskaże kierunek, właściwą drogę. Ktoś kto nie pozwoli się zagalopować, posunąć za daleko. Ktoś kto pilnuje i paluszkiem pogrozi jak trzeba. A i ona pokaże gdzie pieprz rośnie, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. I zależność w podejmowaniu decyzji też zdaje się być ekstra, bo w końcu odpowiedzialność za sukces bądź porażkę dzielą na dwoje. Nie ma winnego, są współwinni. A w razie czego można przynajmniej spróbować obarczyć winą tego kto jest najbliżej.
Dziecko płacze? – wina męża.
Dojki spadły? – wina żony.
Podłoga nie da się domyć? – no, to na pewno mąż.
Sprzęt się popsuł? – tu na pewno była żona.
                        I tak żyć trzeba sobie w rozgardiaszu, w małżeńskiej przepychance. Bo przecież się ślubowało miłość, wierność i uczciwość małżeńską, ale o spokoju to tam nic przecież nie było.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *